Dlaczego boimy się emocji
Jest coś paradoksalnego w tym, że boimy się własnych emocji.
To znaczy: boimy się czegoś, co jest naszą własną wewnętrzną rzeczywistością. Czegoś, co jest częścią nas — tak samo jak oddech czy bicie serca. A jednak — dla wielu z nas — wejście w kontakt z tym, co czujemy, wydaje się bardziej przerażające niż cokolwiek na zewnątrz.
Skąd to się bierze? I czy to możliwe, żeby przestać się bać tego, co w sobie nosimy?
Emocje a wstyd
Strach przed emocjami rzadko zaczyna się w dorosłości. Zaczyna się znacznie wcześniej — w momentach, gdy ktoś ważny powiedział nam, wprost albo przez zachowanie: ta emocja jest nieodpowiednia.
„Nie płacz, bo nie ma po co.” „Nie złość się, bo jesteś nieznośna.” „Przestań się bać, to nic poważnego.” „Uśmiechnij się, co ludzie pomyślą.”
Te zdania — i tysiące podobnych — nie uczą nas, jak radzić sobie z emocjami. Uczą nas, że same emocje są problemem. Że pewne stany wewnętrzne są wstydem, słabością, czymś, co trzeba ukryć.
Brené Brown przez ponad dwie dekady badała wstyd i jego wpływ na życie ludzi. Jej wniosek jest jednoznaczny: wstyd zakwita w ciemności i tajemnicy. I właśnie tam — w ukryciu — emocje stają się czymś, czego się wstydzimy, zamiast czymś, co możemy przyjąć.
Wstyd emocjonalny jest warstwowy. Najpierw pojawia się emocja — powiedzmy, lęk. Potem pojawia się myśl: „nie powinnam się bać, to słabość”. Potem wstyd z powodu lęku. Potem strach przed wstydem. I kółko się zamyka — bo próba ucieczki przed emocją nakręca napięcie, zamiast je rozładować.
Efekt końcowy? Nie boimy się już tylko pierwotnej emocji. Boimy się całej tej kaskady, którą ona uruchamia.
W tradycjach mądrościowych — zarówno buddyjskiej, jak i kabalistycznej — pojawia się ten sam motyw: to, co ukryte i nieoświetlone, ma nad nami największą władzę. Nie emocja jest problemem — ale nasza relacja z nią. Ocena, ucieczka, zaprzeczenie.
Emocje a kontrola
Drugi wielki powód, dla którego boimy się emocji, jest związany z kontrolą.
Emocje są nieprzewidywalne. Nie zawsze pojawiają się wtedy, kiedy tego chcemy. Nie zawsze znikają, gdy im każemy. Potrafią zalać nas w środku ważnego spotkania albo wtedy, gdy mamy być silne dla kogoś innego. I to — utrata kontroli nad własnym wewnętrznym stanem — jest dla wielu z nas głęboko niekomfortowa.
Szczególnie wtedy, gdy przez lata kontrola była jedynym mechanizmem, który działał. Gdy emocje były niebezpieczne — bo rodzic był nieprzewidywalny, bo środowisko było wrogie, bo bycie wrażliwą oznaczało bycie narażoną — kontrola była ratunkiem. Wyłącz czucie, zyskaj bezpieczeństwo.
Problem polega na tym, że ten mechanizm, choć kiedyś był pomocny, zaczyna w pewnym momencie kosztować więcej niż dawać. Kontrolowanie emocji pochłania ogromne zasoby układu nerwowego. I sprawia, że zaczynamy żyć coraz węziej — unikając sytuacji, które mogłyby wywołać silne emocje. Unikając bliskości, konfliktów, ekspozycji. Unikając wszystkiego, co mogłoby nas „rozregulować”.
Psychologowie nazywają to experiential avoidance — unikaniem doświadczeń wewnętrznych. Steven Hayes, twórca terapii ACT, pokazuje w swoich badaniach, że im bardziej staramy się unikać trudnych stanów wewnętrznych, tym więcej przestrzeni w naszym życiu te stany zajmują. Unikanie nakręca się samo.
Paradoks kontroli emocji jest taki: im bardziej próbujesz je kontrolować, tym mniej masz na nie wpływu. Im bardziej starasz się nie myśleć o różowym słoniu — tym trudniej przestać.
Jak nauczyć się je przyjmować
Przyjmowanie emocji nie jest tym samym, co bycie przez nie przejętą.
To rozróżnienie jest kluczowe. Wiele osób myśli, że „czuć emocje” to znaczy: dać im się zalać, stracić kontrolę, rozpaść się. I to jest właśnie powód, dla którego tak wielu z nas woli je tłumić — bo alternatywą wydaje się chaos.
Ale jest trzecia droga. Między tłumieniem a zalaniem — jest obecność.
Obecność oznacza: czuję, co czuję. Pozwalam sobie na ten kontakt. I jednocześnie — jestem większa niż ta emocja. Jestem tą, która obserwuje. Jestem tą, która ma wybór.
W IFS — Internal Family Systems, podejściu stworzonym przez Richarda Schwartza — mówi się o Self: głębokiej, stabilnej części nas, która może być z emocją bez bycia przez nią pochłoniętą. To nie jest technika. To doświadczenie wewnętrznej pojemności.
I tej pojemności można się uczyć. Krok po kroku. Małymi dawkami.
Trzy rzeczy, które budują tę zdolność:
Zacznij od małych emocji. Nie musisz zaczynać od największego bólu. Zacznij od lekkiej irytacji, od chwilowego smutku, od drobnego niepokoju. Zatrzymaj się. Poczuj. Nazwij. Oddech. To są ćwiczenia pojemności — tak samo jak trening siłowy: zaczynasz od mniejszego ciężaru, nie od maksymalnego.
Oddziel emocję od tożsamości. Zamiast „jestem przerażona” — „czuję strach”. Zamiast „jestem w złości” — „czuję złość”. To nie jest gra słów. To realne przesunięcie perspektywy — z bycia emocją na obserwowanie jej. I ta różnica w mózgu jest mierzalna — badania pokazują, że samo to przesunięcie zmniejsza reaktywność ciała migdałowatego.
Daj sobie czas. Emocja, której nie blokujesz, naturalnie przemija. Badania Jill Bolte Taylor, neurobiolog, która przeszła udar i przez lata badała własny mózg podczas rekonwalescencji, pokazują, że cykl neurochemiczny emocji trwa około 90 sekund. Dziewięćdziesiąt sekund — i fala mija. Co sprawia, że trwa dłużej? Myślenie, które nakręca, i tłumienie, które zatrzymuje.
Bać się własnych emocji to jak bać się własnego oddechu. To sygnał, że gdzieś po drodze nauczyłyśmy się, że coś w nas jest niebezpieczne. I że czas, żeby to przepisać.
Nie na siłę. Nie szybko. Ale krok po kroku — w bezpiecznym tempie.
Jeśli chcesz zacząć tę drogę — zapraszam do pierwszego bezpłatnego modułu szkolenia Emocje 360°.
→ Kliknij tutaj i zacznij szkolenie Emocje 360°
Agata Czuper — edukatorka emocjonalna, twórczyni programu Emocje 360°. Przez 25 lat w biznesie. Teraz uczy kobiet tego, czego sama musiała się nauczyć od zera: jak wrócić do siebie.
Materiał ma charakter edukacyjny i nie zastępuje terapii ani konsultacji ze specjalistą zdrowia psychicznego. W sytuacji kryzysu zadzwoń na Telefon Zaufania: 116 123 (czynny całą dobę).
